1.7.08

Przeczekać macierzyństwo

Swoimi narodzinami Mysz zwaliła mi na głowę całe niebo Galów. Zupełnie nie byłam na to gotowa. Przypuszczam, że dlatego, że dawniej nie planowałam dzieci. Wymyśliłam sobie, że będę starą panną, więc nie musiałam się do macierzyństwa przygotowywać. A to duży błąd. Gdy urodziła się Myszka, byłam najszczęśliwszą mamą na świecie, ale po kilku dniach wydało mi się, jakbym nagle straciła swoje życie, jakbym nagle została wykreślona ze światowych planów. Mysz oczywiście była najpiękniejszym dzieckiem na świecie, więc nic dziwnego,że wszyscy się zachwycali. Ale wizyty się kończyły i każdy wracał do siebie, do swojego życia. Nawet Tuś wychodził co rano do pracy. A ja? Ja tkwiłam wciąż w tym samym miejscu. Nie mogłam się wyspać, nie mogłam pójść do pracy, nie mogłam wyjść na zakupy, na kawę, do fryzjera, nawet na Mszę. Moje potrzeby nagle przestały się liczyć. Zupełnie jakbym przestała istnieć. Stałam się dzioborożcową. Znajomi gdzieś zniknęli. Pociąg życia pognał przed siebie, a ja zostałam na stacji Dziecko i wyglądało na to, że zostałam na niej zupełnie sama. Czułam się oszukana – to nie tak miało przecież wyglądać!
Owszem, czułam też tę wielką, bezgraniczną i bezwarunkową miłość, jaką mogą nam dać tylko dzieci, a jednak pogrążałam się w wielkim rozczarowaniu. Targały mną sprzeczne uczucia. W jednej chwili byłam w euforii, bo nasze Cudo było tak fascynujące, a za chwilę czułam w sobie bezdenną pustkę, wielką dziurę po własnym życiu. Miałam przecież tyle planów, chciałam zwiedzić tyle miejsc, nauczyć się tylu rzeczy, obejrzeć tyle filmów… Zamiast tego było ze mną „tylko” to Maleństwo. Przychodziły mi do głowy myśli, których dziś nawet nie mogę sobie wyobrazić. Zniknął wszelki sens – jego miejsce całkowicie wypełniła Mysz. Wszystko było dla niej, wszystko było przez nią. To było nie do zniesienia. Zupełnie nie mogłam sobie z tym poradzić. Tuś robił co mógł, żeby mi jakoś pomóc, ale niewiele wiedział o tym co działo się we mnie,bo wstydziłam się przyznać do własnych uczuć i myśli nawet przed samą sobą. Pogrążałam się w niechęci do siebie, innych, całego świata.

Było mi ciężko, uważałam się za złą matkę, bo kiedy wszyscy cieszyli się moim Maleństwem, ja tak bardzo pragnęłam żeby było już duże i… zwyczajnie już mnie nie potrzebowało. Chciałam zaszyć się gdzieś na czas dzieciństwa mojej własnej córeczki! Nie mogłam pogodzić się z tym, że tyle rodzin tak bardzo pragnie mieć dzieci i nie może podczas gdy ja dawniej nie chciałam, a teraz proszę: pstryk i Mysz! Co zrobiłam, żeby na nią zasłużyć? Co mogę zrobić, żeby jej teraz te narodziny wynagrodzić? Zadawałam bezsensowne pytania, czy Mysz już wie, że ja się na mamę nie nadaję, czy mi to kiedyś wybaczy? Moją „ułomność” starałam się wynagrodzić Myszce ogromną czułością, największą na jaką było mnie wtedy stać. Chciałam, żeby wiedziała, że choć nie radzę sobie jako mama, to kocham ją najmocniej na świecie i nie ona jest winna mojej porażce.

Dziś czuję wstyd. Nie za swoje myśli, tylko za to, że nie poprosiłam wtedy o pomoc. Za to, że nawet przed sobą nie chciałam się przyznać do tego, jak bardzo było mi ciężko. Za to, że o mało nie umknęło mi coś najcudowniejszego na świecie – Mysie Dzieciństwo!

Teraz, kiedy obok Myszy śpi sobie Królik, wiem jak bardzo ważne jest, żeby dać mamie, każdej mamie, szansę tęsknoty. By każda mama mogła choć przez chwilę zatęsknić za swoim maleństwem. Trzeba mam słuchać i nie wolno bagatelizować ich smutków ani zrzucać wszystkiego na rozszalałe hormony. Bycie mamą nie jest proste – przez cały czas trzeba pracować na najwyższych obrotach, a nasze maluszki wyczerpują i psychicznie i fizycznie. Pozwólmy sobie mieć ich czasem dosyć! To normalne, że myślimy sobie„co znowu?” albo „a ten czego znów chce?” Kolejna nieprzespana (albo przespana w dziwacznej, zbolałej pozycji) noc daje nam prawo w ten sposób pomyśleć. Nie czyni to nas złymi, wyrodnymi matkami! Za chwilę popatrzymy na to nasze małe, najpiękniejsze na świecie maleństwo, które nie może czekać i musi przytulić się właśnie wtedy gdy wreszcie znalazłyśmy chwilę, żeby pójść do toalety i wiemy, że oddamy za nie wszystko!

Miałam ogromne szczęście, ocknęłam się jeszcze zanim było za późno, zanim moje Maleństwo wyrosło i odeszło. Dzięki temu mogę odczuwać dziś radość bycia mamą. Jakie to cudowne, kiedy na odgłos grzmotu Mysz woła ze szczęściem w oczach i pokazując na niebo „buzia! leci! gózie!” Jakie to fantastyczne, kiedy Królik wygina się w objęciach Tusia, żeby choć przez chwilę popatrzeć mi prosto w oczy i uśmiechnąć się całą szerokością swojej bezzębnej jeszcze paszczy! Jak strasznie byłoby tego nie widzieć.

Patrzyłam dziś jak Tuś wybiera się z dziećmi na spacer. Z jednej strony cieszyłam się, że wychodzą, bo przecież chodziło o to, żeby odciągnąć wszędobylską Mysz od żelazka kiedy musiałam sprasować elementy dziecinnego bajkowego namiotu. Z drugiej strony tak bardzo chciałam palnąć całe to prasowanie (choć dla nich przecież ten namiot) w kąt, biec za nimi i wytulić te nasze Kruszątka.

Dziś wiem, że depresja poporodowa jest zwyczajną chorobą, której nie wolno ukrywać i którą trzeba leczyć. Nie trzeba być księżną Dianą, by na nią zapaść, dlatego nie wolno się jej wstydzić. Dzieciństwo naszych maluszków jest za krótkie na to, żeby tak bezsensownie marnować ten przecudny, jedyny czas!


28.6.08

Treściwa forma

IKEA jest miejscem przyjaznym, szczególnie dzieciom, więc Mysz podczas zakupów szalała po całym sklepie. Pakowała się do łóżek, zjeżdżała ze zjeżdżalni, chowała się, nurkowała w pluszakach, kręciła się na fotelach, kładła niebieskie świnki skarbonki spać, układając je na poduszce i dokładnie przykrywając kołderką. My tylko pilnowaliśmy, żeby się nie zgubiła i niczego nie zniszczyła. Rozbrykana Mysz zaczęła nawet zaczepiać jakiegoś pana. Pan wydał mi się znajomy. Może to tata któregoś z moich byłych uczniów? Dał się wciągnąć Myszce do zabawy, uciekał przed nią z uśmiechem, chował się za pudłami, a szczęśliwa Mysz biegała, wołając:

- Pan! Akucieka! [ach, ucieka!] Chowa! [schował się!] Nie dam ci! Pan, jesteś? [gdzie jesteś?]

Przy kasach przypomniałam sobie, skąd go „znam”. Trudno mi go było rozpoznać, bo właściwie nie oglądam jego serialu. Teraz pewnie zawsze się do niego na ekranie uśmiechnę – pozwolił się wciągnąć mojej małej Myszce do zabawy i chichotała do niego rozpromieniona.

Tuś wziął Królika na brzuch w nosidełku, ja założyłam Myszce szelki i ruszyliśmy na drugą stronę parkingu do Świata Dziecka po nowy kubeczek dla Myszki i smoczek dla Królika. W sklepie wita nas cała armia rowerków. Mysz oczywiście chce się na któryś od razu wpakować, ale wszędzie są kartki z napisami, by nie sadzać dzieci. Rozumiemy – nie są to tanie rzeczy, zniszczenie czegokolwiek może być dla obsługi kłopotliwe. Problem jednak w tym, że nie jest to sklep dla starszych pań, które przyjdą, popatrzą i wyjdą. Jak sama nazwa wskazuje, to sklep z artykułami DLA DZIECI! Dzieci nie rozumieją, że na te wszystkie zabawki mogą sobie tylko popatrzeć. I tu jest wielkie pole do popisu dla rodziców: jak przekonać dziecko, żeby samo, bez płaczu i wybuchów histerii ominęło cały ten kolorowy plac zabaw. Przecież na placu zabaw wszystkiego wolno dotykać!

Udało nam się pokonać zapędy Myszy, znaleźliśmy to, po co przyszliśmy. Tuś poszedł do kasy, a ja tłumaczyłam Myszce, że teletubisie lubią być razem, więc należy je odłożyć. Mysz właściwie nie sprawiała kłopotów. Gdy już wychodziliśmy, zauważyła jednak wózek dla lalek. Taka spacerówka to bardzo ważna sprawa dla starszej siostry, więc natychmiast chwyciła wózek i ruszyła na spacer. Złapałam ją na drugim końcu rowerów i uśmiechając się pochwaliłam, że pięknie prowadzi, a teraz skręcimy tu i pokazałam kierunek powrotny. Chyba każdy rodzic zorientowałby się, że próbuję dyplomatycznie skłonić ją do odstawienia na miejsce zagrabionego wozu. Chodzi przecież o to, żeby nie wyrywać dziecku zabawek na środku sklepu, bo włączy syrenę alarmową, zacznie się szarpanina i żadna ze stron nie będzie zachwycona. Niestety skręcając wózkiem, przelotnie rzuciłam okiem na przyglądającego się nam ochroniarza, starszego już pana. To go najwyraźniej ośmieliło.

- To jest na sprzedaż! – warknął, nie dając cienia wątpliwości, że mógłby zachęcać nas do kupna czegokolwiek.

To nie było miłe! Przecież właśnie przeprowadzałam operację odebrania Myszy wózka, działałam więc w interesie sklepu. Skąd takie wrogie warczenie? Oczywiście nie wytrzymałam i palnęłam:

- Dobrze, w takim razie nie kupimy tego wózka!

- Pani mnie tu nie straszy! – huknął ochroniarz.

Nie będę ukrywać, mam niewyparzoną gębę i wymiana zdań nie była od tej pory uprzejma. Odstawiłam wózek, chwyciłam Mysz za rękę i baaardzo głośno wypaliłam:

- Wychodzimy, to nie jest sklep dla dzieci! Nie będziemy tu robić zakupów!

Pani ekspedientka próbowała łagodzić, tłumacząc, że przecież tam z tyłu jest miejsce do zabawy i tam wszystko można ruszać.Wyjaśniłam jej, że bawić się nie mieliśmy zamiaru, bo już wychodziliśmy. Nie mam też pretensji do sklepu o zakaz zabawy, bo rozumiem, że chronią swój towar. Jednak taka forma zwracania uwagi jest nie do przyjęcia. Wchodząc z dwulatką do sklepu z zabawkami, w którym nie wolno niczego dotykać, prowadziliśmy ją bez wywoływania dziecięcych awantur. Pilnowaliśmy, żeby nie pakowała się w żadne niedozwolone miejsca, cierpliwie odkładaliśmy na miejsce wszystkie rozrzucone przez nią zabawki. Właśnie odprowadzałyśmy wózek na miejsce. Pracownik Świata Dziecka nie musiał zwracać nam uwagi w tak agresywnej formie.

Zresztą ich strata. IKEA wie, że jeśli dzieci i ich rodzice polubią to miejsce, to będą tu wracać. Tworzy atmosferę, w której nawet znany aktor czuje się na tyle normalnie, że bawi się z małą nieznajomą w chowanego! IKEA wie, że to się zwyczajnie opłaca. Ten drugi sklep, a przynajmniej jego pracownik, wciąż się tego nie nauczył. Nie obchodzi go, że mając dwójkę małych dzieci, moglibyśmy wydawać tam jeszcze całe tysiące, urządzając dziecinne pokoje i plac zabaw w ogrodzie. Moglibyśmy zachęcać do tego sklepu innych młodych rodziców. Nie, zamiast zadbać o dobrą atmosferę, lepiej warknąć i upewnić się, że ci klienci już do nas nie wrócą.


24.6.08

Na Dzień Ojca

Dziś w prezencie dostałem od Frania mnóstwo pięknych uśmiechów i kilka godzin bezcennego wolnego czasu, podczas których leżał sobie w leżaczku i bawił się albo leżał w wózku i spał, a od Myszy formę dzierżawczą - Woda... Natki! - powiedziała, pociągając z zielonego kubeczka.
I jeszcze procedurę dwufazowego ściągania misy z truskawkami (faza pierwsza: z centrum stołu na brzeg, przeprowadzana z krzesła, faza druga - z brzegu stołu na krzesło, przeprowadzana z podłogi) i zachłannego wyżerania ich... z obrywaniem ogonków - widok, który odebrał mi na chwilę mowę.
I poranną wycieczkę po bułki. I Franiowe piski radości. I tyle innych cudów, z których część na pewno przegapiłem.
Czuję się bardzo obdarowany!

21.6.08

Poczytaj sobie mamo!

Jakiś czas temu zebrało się w jednej z prywatnych stacji telewizyjnych grono młodych mam i dzieliło doświadczeniami własnego macierzyństwa. Bez ogródek opowiadały o swoim złym samopoczuciu, o depresji. Nie przepadam za takimi zlotami, ale tym razem obejrzałam. Sama niezbyt dobrze radziłam sobie z depresją po urodzeniu się Myszki, więc chętnie słuchałam. Nie zrobiły na mnie wrażenia opowieści o złym samopoczuciu, o okropnym wyglądzie, o niewyspaniu i tym podobne. Poruszyło mnie dopiero oświadczenie jednej z dziennikarek, że po urodzeniu synka przez dwa lata nie przeczytała ani jednej książki.

DWA LATA!

Jak to możliwe, myślałam sobie, jak można tak długo wytrzymać bez czytania? Sama zwykle czytam kilka książek jednocześnie, choć z braku czasu trwa to czasem bardzo długo. Przez całe lata zawsze nosiłam w plecaku jakąś książkę z ulubionej serii „Na ścieżkach nauki”. Żeby okładki mniej się niszczyły, samoręcznie i własnodzielnie zrobiłam uniwersalną obwolutę z bardzo grubej strony starego kalendarza. Poszerzałam albo zwężałam ją w zależności od grubości aktualnego nadzienia. Niestety w końcu trafiła na „Historię bomby atomowej”, która okazała się tak opasła, że okładka już nie nadawała się do przeróbek i tkwi na tej bombie do dziś.

No tak, ale właściwie kiedy ostatnio przeczytałam coś z tej mojej ulubionej serii? Chwila namysłu. Jakoś tak przed urodzinami Myszki? Tak, chyba od tamtej pory nic z tego nie czytałam.

Mysz ma już prawie dwa lata.

Dobrze, ale ta seria to przecież nie była jedyna moja lektura. Lubię też opowieści z dziejów narodów, ostatnio czytałam „Historię Imperium Rosyjskiego” Michaiła Hellera (nie mylić z Michałem Hellerem, księdzem i nagradzanym popularyzatorem nauki w jednej osobie). Hm, ale jakoś nie dokończyłam tego czytać. O ile pamiętam, dotarłam do carycy Katarzyny II, która nie mogła pojąć, jak można jeść na srebrnej zastawie przy stole z połamanymi nogami. Zastygła w swoim zadziwieniu i jak długo już tak tkwi? Zaraz, zaraz, czytałam o tym w dniu, w którym zaczęła się rodzić Myszka.

Prawie dwa lata temu

Kiepsko to zaczyna wyglądać. O, ale lubię też czytać o tym, jak powstawały nowe prawa naukowe, nowe wynalazki - może coś z historii nauki miałam w rękach ostatnio? No przecież, że tak! Dostałam od Tusia całą wielką „Historię fizyki” Kajetana! Tak, ale... okazało się, że jest za ciężka na czytanie w łóżku. Lepiej, żeby nie upadła na główkę Natalce.

Która ma już prawie dwa lata.

No pięknie, oburzyłam się na panią dziennikarkę, a sama co? Okazuje się, że od dwóch lat nie tknęłam nawet kijem książek, które były dla mnie przecież takie ważne!

Nie znaczy to, że rzuciłam czytanie. Nie poradziłam sobie co prawda z „Biegunami” Olgi Tokarczuk. Pewnemu panu zaginęli tam żona i syn, a odkąd urodziła się Mysz, mam problem z podobnymi tematami, więc bałam się wrócić do lektury. Pech chciał, że to było prawie na początku książki...

Nie poddaję się jednak, wciąż czytam, ale są to już zupełnie inne książki, znacznie łatwiejsze - być może dlatego, że trudno się skupić, nie wiedząc, czy za chwilę ktoś nie oderwie mnie od lektury. Na szczęście nie ograniczam się tylko do wierszyków i bajek i w ciągu tych dwóch lat przytrafiło się kilka lektur, które mogę bardzo polecić! Oj polecam je, polecam:

- dla miłośników wycieczek w krainę absurdu "Z powrotem" Zbigniewa Batko

- Jerome K. Jerome "Trzech panów w łódce", to klasyka, wiadomo

- dla wielbicieli polskich gór, a Tatr i Bukowiny w szczególności, Antoni Kroh napisał "Sklep potrzeb kulturalnych"

- "Syzyf & S-ka" Ludwika Lewina jest po prostu dla wszystkich

- nie tylko dla varsavianistów polecam natomiast "Long-play warszawski" Stanisława Marii Salińskiego.

- wspomnienia Tessy Capponi-Borawskiej "Moja kuchnia pachnąca bazylią" dla tych, którzy o potrawie lubią wiedzieć więcej, niż tylko jak ją przyrządzić. Zresztą temat dobrych książek kulinarnych jest tak duży, że post o nich dopiero dojrzewa w spiżarni.

Lektury to niezbyt ciężkie, a genialne! Miłego czytania!

19.6.08

Usypianie tatą

Kiedyś to było proste. Osiem kilo sennej Myszy na rękach, tańce i śpiewy do niezastąpionych kołysanek-utulanek Magdy Umer i Grzegorza Turnaua. Poziom trudności odliczałem utworami. Nauczyłem się na pamięć zaledwie sześciu pierwszych, bo do dalszych rzadko zdarzało się Myszy dotrwać. Jeszcze saperska robota - odkładanie bomby tak, aby nie wybuchła (płaczem). I reszta wieczoru dla nas.
Potem było tak samo, tylko czternastokilowa Natka w pewnym momencie ręką wskazywała, że już można położyć ją do łóżka i zacząć udawać kłodę. Jeden jedyny raz zamiast leżeć, zacząłem reagować na poklepywanie, wydając głosy zwierząt. Radości nie było końca, a zasypianie zeszło na plan dalszy. Bardzo odległy. Właściwie - zeszło na amen. Długo wtedy wyciszałem jej wesołe kwiki.
Odkąd Mama chodzi do pracy, Natka rzadko zgadza się na kołysanki, słuchanie bajek (nowość!) czy w ogóle usypianie Tusiem. Ćwiczę więc usypianie od nowa, tym razem małego faceta. Franka występy artystyczne w zasadzie mało interesują. Nieźle reaguje na telewizor - kiedy nie jest bardzo nakręcony, oczy ma szkliste już po paru minutach, tak trzymać! Jeśli nie ma ochoty na sen, to na rączki, kocyk na głowę jak sokołowi kaptur i ignorując myczenie spod kocyka, śpiewać w kółko o niebie, co idzie ciemną nocą. I cicho ptaszki, bo usłyszy kot kulawy i was po-roz-dra-py-wa. Albo kos - i porozgwizdywa. Koń porozwierzgiwa, słoń porozdeptywa, pies porozszczekiwa, szczur porozpiskiwa, byk poroztratywa, wół porozrykiwa, wilk porozwywywa, lew porozszarpywa, wąż porozsykiwa...
No co? Przecież bym jajo zniósł z nudów.

Wieczorne dialogi na cztery poduszki nogi

- Mama, obuć, obuć! Mama, tawaj! Mama! Obuć! Tawaj! Mammaaaa!
- Słucham, kochanie?
- Spać!

17.6.08

To już przekupstwo czy jeszcze pocieszanie?

Mysz wpadła dziś w szał. Nie przesadzam. Składałam rano łóżko, gdy nagle zaczęła na mnie krzyczeć, wyrywała mi z rąk kołdrę, pakowała się do skrzyni na pościel, wyrzucała z niej poduszki, waliła we mnie pięściami. Całą sobą próbowała przeszkodzić. Chwilę zajęło mi zrozumienie, co się właściwie dzieje. Natychmiast zaczęłam bardzo mocno ją obejmować, ale ona dalej mnie biła, krzyczała, wyrywała się. Byłam w szoku - takie zachowanie można zobaczyć na filmach, w programach o niesfornych dzieciach czy w centrum handlowym, ale u Myszki? U Myszki to niemożliwe! Co się stało?
Otóż nie chodziło ani o kołdry, ani o poduszki, ani nawet o prześcieradło. Chodziło o sposób i porę składania łóżka. Zwykle świetnie i długo bawimy się podczas tej czynności, a często ścielenie łóżka ogranicza się do ułożenia pościeli i przykrycia jej kocem, bo dzieciaki bardzo lubią pokładać się w naszej pościeli, wtulać w nią, chować pod kołdrą (to na razie tylko Mysz) albo uciekać w zakamarkach między poduchami.
Od mniej więcej miesiąca są jednak takie dwa dni w tygodniu, kiedy pościel znika z łóżka bardzo szybko i bardzo wcześnie, kiedy nie ma czasu na zabawę poduchami - to dni, kiedy Mama idzie do pracy. Do MysiKrólików przychodzi wtedy Babcia. Myszka bardzo kocha Babcię i jest szczęśliwa, gdy Babcia przychodzi (a jak jeszcze przyprowadza Hipcia, to już szczyt szczęścia). Ale przyjście Babci to jedno, a wyjście Mamy to zupełnie co innego! Na to Mysz nie wyraża już zgody. A pośpieszne zbieranie pościeli o poranku to właśnie znak, że Mama wychodzi na kilka godzin - Mama wychodzi do pracy. Tuś pracuje "od zawsze", więc to nic dziwnego, że wychodzi, ale żeby Mama też? To niedopuszczalne!
Dla Myszki to już mój drugi powrót do pracy. Gdy miała rok, udało mi się na kilka miesięcy "pójść na urlop". Bałam się, jak zareaguje. Nie płakała, gdy wychodziliśmy - wdrapywała się na Babcię i radośnie mówiła nam "papa". Cieszyłabym się z tego, gdyby nie fakt, że jednocześnie postanowiła się na mnie obrazić. Nie chciała się ze mną witać, nie chciała się do mnie tulić, nie chciała ze mną zasypiać. Byłam już na skraju załamania, gdy w samym środku nocy Mysz obudziła się z płaczem i wtuliła we mnie tak bardzo, bardzo mocno. Wtedy "wybaczyła" mi.
Teraz jest zupełnie inaczej. Mysz nie uśmiecha się do nas, nie mówi "papa". Teraz Mysz nie chce wypuścić mnie z domu. Nie tylko do pracy - na krótkie zakupy czy po prostu ze śmieciami też! Rozmawiam z nią, tłumaczę, obiecuję szybki powrót - nic nie działa. Odpuszcza dopiero gdy obiecam, że przyniosę coś na co dzień zabronionego, najlepiej bułeczkę albo czekoladkę. Dopiero wtedy otrzymuję zezwolenie na wyjście, a Myszka przestaje wczepiać się we mnie i rozpaczać. Zwykle pamięta tę obietnicę i rozlicza mnie z niej po powrocie.
Mogę wyjść do pracy, do sklepu, do śmietnika, ale co z tego? Nie opuszcza mnie uczucie porażki. Wydaje mi się, że muszę przekupić własną córkę, żeby mnie wypuściła z domu. Tuś tłumaczy mi cierpliwie, że nie przekupuję Myszy, tylko łagodzę jej cierpienie. Przekupstwo jest wtedy, gdy obiecujemy/dajemy coś komuś po to, żeby coś zrobił, a ja obiecuję/daję jej coś, żeby czekanie było łatwiejsze do zniesienia. To bardzo piękne wyjaśnienie, ale niestety nie pomaga. Wciąż czuję się źle. Nie chcę wymyślać sztuczek, by przekonać własne dziecko. Gdzieś w środku wciąż czuję, że to przekupstwo i zupełnie nie mogę sobie z tym poradzić.