22.4.09

Franiozagadka

Królik wciąż w zasadzie nie używa na codzień słów poza tata i mama, ale czasem odsłania nam zaskakujące głębie swojego rozwoju psychicznego. Na przykład dziś znalazł na podłodze przezrocze z wizerunkiem buta łyżwiarskiego, podniósł je i oświadczył głośno: "Butabut!". I nie chodzi tu o to że zna to pojęcie, ale o to, że używa abstrakcji, bo to przecież był tylko wizerunek buta.

Orzechy

- To są orzechy takie niesmaczne, bo są plastikowe. Z nich maszyna robi niedobry obiad.

21.4.09

Mama płacze

- Mama płacze, bo nie ma Natki...

Awans społeczny

Stało się! Mysz właśnie została przyjęta do przedszkola!
I to do tego upatrzonego, choć Tuś przezornie zapisał ją do wszystkich 14 placówek publicznych w promieniu półtora kilometra. Dobrze jest mieszkać w starej dzielnicy. :)

Sobieradka

Mysz dziś od rana odżywia się paluszkami małosolnymi. W końcu schowałem je na środku blatu w kuchni, a krzesełka pochowałem pod stół. Po chwili Mysz przyszła do mnie, niosąc torbę paluszków.
- Sobie poradziłam.
- Jak? Wzięłaś krzesełko?
- Nie, sięgnęłam i udało się.
Pogratulowałem jej, co miałem robić...

20.4.09

Rykoszet

Może i uwielbienie pomarańczy świadczy o tym, że Mysz jest córką Tusia, ale temperament to odziedziczyła po mnie i już. Gdy się złości, to na całego, a gdy się wścieka, rykoszetem dostaje każdy w promieniu kilometra.
Dziś zezłościła się, że chcemy, żeby nasiusiała do nocnika (pani doktor tak polubiła mysie siuśki, że chciała przebadać je jeszcze raz). Do toalety to ona może się załatwić, ale żeby wymagać nocnika? No tego to już za wiele! Mysz wściekała się, wierzgała nogami, szarpała się, zabrała nawet nocnik, wołając:
- Wyrzucę ten brzydki nocnik na świat! - i z wściekłością cisnęła nim o podłogę w sąsiednim pokoju.
Królik, uosobienie dobroci (choć, jak wiadomo, też nie zawsze ;D), próbował załagodzić sytuację, tłumacząc jej po swojemu.
- Nie można mówić do ludzi "dadada"! To bez sensu! - wściekła się do reszty Mysz.
Moja córeczka ;)

19.4.09

Bo jesteśmy lekiem na całe zło...

Jak niektórym wiadomo, od kilku dni pustoszy nasze brzuchy i brzuszki rotawirus. No dobrze, na brzuszkach się wcale nie kończy... Myszogrodzka apteczka zamieniła się w składnicę niechcianych elektrolitów, antybiotyków, a nawet jednego drożdża. Gdy tylko dzieci nie śpią, mamy karmić je małymi porcjami rozgotowanej marchewki - gdyby tylko zechciały jeść, bo o lekach to już całkiem możemy zapomnieć...
Dziś wirus z całą mocą zaatakował Tusia. MysiKróliki natychmiast wykorzystały to do bezlitosnego, niekończącego się wtulania.
- Myszko, chciałabyś napić się wody?
- Nie.
- A chciałabyś soczek?
- Nie.
- Nie jesteś głodna? Co mogłabym ci dać do jedzenia?
- Yyyy... Zjadłabym... Ciebie! - roześmiała się radośnie Myszka.
Chyba wraca do zdrówka ;)