Przeglądamy się w naszych dzieciach. Kiedy towarzyska skądinąd Mysz podczas wizyty w przedszkolu biegnie bawić się sama do domku, choć pani i gromadka dzieci witają się z podłogą, a potem kręcą kółeczka głową, patrzymy na siebie ze zrozumieniem, bo mimo tylu lat tekst "a teraz wszyscy..." wciąż wywołuje u nas reakcję obronną.
A kiedy Natka ustawia szampony i płyny do kąpieli, łyżki i widelce czy samochodziki i filiżanki, by odgrywać sceny familijne, wiemy, że nasza rodzina jest szczęśliwa, nawet jeśli autka czasem się kłócą o miejsce na torze.
Kiedy zaś Franio wchodzi do pokoju, przytulając fachowo trzymaną lalkę, kołysząc ją i całując, wiemy, żeśmy najlepszymi rodzicami na świecie i basta.
Ale gdy Natka krzyczy do Melona, który pogryzł zabawki, "byłeś niegrzeczny i trzeba cię UKARAĆ!", robimy się nagle bardzo mali i wiemy, że moglibyśmy być dużo, dużo więksi...
28.8.09
25.8.09
Skarpo ty moja... całkiem spacerowa...
Miałam dotrzeć na Krakowskie. Nic wielkiego. Ale rowerem. Hmm...
Od kiedy pojawiły się MysiKróliki, nie wjeżdżam rowerem na jezdnię. Nic prostszego, przecież Krakowskie Przedmieście leży w centrum miasta, całkiem sporego nawet i ścieżki rowerowe z całą pewnością tam są. Wystarczy przebić się przez Mokotów, a potem skarpą dotrę już z całą pewnością do celu.
Mokotów, wiadomo, chodniki, chodniczki, przechodnie, ale przedostałam się aż do Bagateli nie czyniąc nikomu szkody - dobra nasza. Teraz tylko już dotrzeć na tę skarpę.
W Alejach Ujazdowskich jakże miła niespodzianka! Ścieżka rowerowa! Prawdziwa! Trochę niepiękna, czarna od asfaltu i ogólnie bez polotu, ale JEST! Dojadę nią aż do Trasy Łazienkowskiej i fru do skarpy.
Jadę sobie tą niepiękną, ale równiusieńką czarną ścieżką, przyjemnie mi... Słonko świeci, Chopin w niebo zapatrzony, ptaszki śpiewają, rowerzyści z przeciwnej strony płynnie na moją ścieżkę z Agrykoli skręcają... Ale ja prosto, ja nie chcę ze skarpy - ja chcę na skarpę!
Zaraz, co to? Hamuj!!! Ufff... Nie zwaliłam się z nagle urwanej ścieżki do zapiaszczonego dołu, a nawet nie rozjechałam pracujących tu robotników. Niezbyt zgrabnie, jak to spieszony rowerzysta, przestawiam się na imitację chodnika obok i przechodzę przez Agrykolę.
Krótki spacer między rusztowaniami do Trasy, potem w stronę Zamku i fru na skarpę!
Dojechałam do kładki, no teraz to już będzie łatwo!
Ups, zapomniałam, że powinnam skręcić w głąb Parku Ujazdowskiego i zaliczam kolejne krawężniki na Jazdowie, przeklinając brak oznaczeń ścieżki rowerowej. Achaaaa! Bo tu wcale nie ma ścieżki rowerowej, tu są alejki do spacerowania! Tyle razy tędy spacerowałam i że też nigdy nie zwróciłam uwagi na to, że rowerzyści są tu nielegalni!
Nie szkodzi - jest rano, mało spacerowiczów, kilka piesków, spokojnie dojadę sobie na Uniwersytet tą skarpą.
Kładka na Górnośląską. Hamuj!!! Wjechać wjechałam, ale zamiast zjazdu są... schody! Dobrze, że ktoś z boku szyny przyspawał i nie muszę znosić roweru, bo lekki to on nie jest.
Wsiadłam na rower, dojadę już sobie na Krakowskie tą skarpą.
Jadę sobie ubitą ścieżką, przyjemnie mi... Słonko świeci, pieski biegają, ptaszki śpiewają, ścieżka się kończy...
Kończy się? Jak to? No oczywiście! To przecież taras, na który przychodziłam na spacery z Babcią! Tylko dlaczego moja ścieżka kończy się schodami i muszę zjechać między drzewa, żeby nie wywinąć orła? A, no tak, bo to nie jest ścieżka rowerowa, tylko ścieżka spacerowa!
No dobrze, dobrze, ale teraz to już Na Skarpie i dotrę na to swoje Krakowskie skarpą.
Jadę sobie kocimi łbami, mijam Muzeum Ziemi (tam znów prowadzał mnie w dzieciństwie Tata), zbliżam się do kładki nad Książęcą i... hamuj!!!
Kładka w remoncie. Jest przejście, ma około pół metra szerokości, na mój widok przyspieszył i wpakował się w nie robotnik niosący jakąś gumową (?) płachtę. Idzie. Nie spieszy mu się, w pracy jest. Idzie. Całym sobą idzie. Przejście się rozszerza, ale pan środkiem idzie - płachta radośnie podryguje, zajmując całą szerokość przejścia.
Jestem po drugiej stronie. Nie chcę zjeżdżać pod most Poniatowskiego, więc postanawiam wrócić do Nowego Światu i przebyć Rondo de Gaulle'a pieszo. Potem powrót na skarpę, kładka nad Tamką, Bartoszewicza i dotrę na Krakowskie. Tą skarpą.
Nie, tu też nie ma ścieżek rowerowych. Tu są ścieżki spacerowe. Też niby je znałam, ale idąc piechotą, schodów się nie zauważa. Takich na przykład jak te do kładki na Tamce...
Nic to, wrócę Okólnikiem do Kopernika i dotrę sobie na to Krakowskie. Choć nie skarpą...
Oj, ale tu jakiś remont. Ulica częściowo ogrodzona. Stoją samochody. Nie szkodzi, przejdę między nimi, potem Okólnik, Kopernika... Coś ciasno te samochody tu stoją... Jeden od drugiego odległy o jakieś 40 - 60cm. No nie - górą mam ten rower przenosić?!
- Przejdzie pani, przejdzie! - woła pomocny pan robotnik z grupki stojącej przy ogrodzeniu. Nawet nie zauważyłam, że radośnie przyglądają się moim próbom przejścia przez jezdnię. Pomogło, ośmieliłam się - co mi tam cudzy zderzak! Przeszłam bez draśnięcia - i dobrze, bo nie wiem, na jak długo by mi tej śmiałości starczyło...
- Ładny rower. Wojskowy? Ciężki chyba, co? - panowie nadal podnosili mnie na duchu. Lepiej by mi się zrobiło, gdyby podnieśli mi rower, ale nie można mieć wszystkiego.
Trochę rowerem, trochę pieszo dotarłam w końcu do celu. Niespecjalnie tak jak planowałam.
Wybierając trasę, nie brałam pod uwagę Nowego Światu, bo tam tłum. Wracałam jednak właśnie tą ulicą. Tak, tak, ULICĄ! Odpuściłam już sobie skarpę. Na niespodziewaną ścieżkę trafiłam przy Trasie Ł, ale i tak niedługo nią jechałam, bo zaraz skręciła na północ, a ja chciałam na zachód...
Za to w nagrodę za przebycie schodów i podziemia przy Rondzie Jazdy Polskiej dostałam prawdziwą (choć dzieloną ze spacerowiczami, ale co tam!) oznakowaną ścieżkę rowerową przez całe Pola Mokotowskie (łącznie z absolutnie wjezdno/zjezdną kładką nad al. Niepodległości), która w kilka minut, bez żadnych przygód doprowadziła mnie już do samej pracy.
Przedziwny jest ten świat - wszędzie słychać, że brak nam ścieżek rowerowych, ale w czasie spacerów ciągle niechcący na nich lądujemy. Tyle, że kiedy człowiek chce się wreszcie porządnie przejechać po mieście, to okazuje się, że rzeczywiście - albo parki, do których nie wiadomo jak dotrzemy albo... Ursynów.
Od kiedy pojawiły się MysiKróliki, nie wjeżdżam rowerem na jezdnię. Nic prostszego, przecież Krakowskie Przedmieście leży w centrum miasta, całkiem sporego nawet i ścieżki rowerowe z całą pewnością tam są. Wystarczy przebić się przez Mokotów, a potem skarpą dotrę już z całą pewnością do celu.
Mokotów, wiadomo, chodniki, chodniczki, przechodnie, ale przedostałam się aż do Bagateli nie czyniąc nikomu szkody - dobra nasza. Teraz tylko już dotrzeć na tę skarpę.
W Alejach Ujazdowskich jakże miła niespodzianka! Ścieżka rowerowa! Prawdziwa! Trochę niepiękna, czarna od asfaltu i ogólnie bez polotu, ale JEST! Dojadę nią aż do Trasy Łazienkowskiej i fru do skarpy.
Jadę sobie tą niepiękną, ale równiusieńką czarną ścieżką, przyjemnie mi... Słonko świeci, Chopin w niebo zapatrzony, ptaszki śpiewają, rowerzyści z przeciwnej strony płynnie na moją ścieżkę z Agrykoli skręcają... Ale ja prosto, ja nie chcę ze skarpy - ja chcę na skarpę!
Zaraz, co to? Hamuj!!! Ufff... Nie zwaliłam się z nagle urwanej ścieżki do zapiaszczonego dołu, a nawet nie rozjechałam pracujących tu robotników. Niezbyt zgrabnie, jak to spieszony rowerzysta, przestawiam się na imitację chodnika obok i przechodzę przez Agrykolę.
Krótki spacer między rusztowaniami do Trasy, potem w stronę Zamku i fru na skarpę!
Dojechałam do kładki, no teraz to już będzie łatwo!
Ups, zapomniałam, że powinnam skręcić w głąb Parku Ujazdowskiego i zaliczam kolejne krawężniki na Jazdowie, przeklinając brak oznaczeń ścieżki rowerowej. Achaaaa! Bo tu wcale nie ma ścieżki rowerowej, tu są alejki do spacerowania! Tyle razy tędy spacerowałam i że też nigdy nie zwróciłam uwagi na to, że rowerzyści są tu nielegalni!
Nie szkodzi - jest rano, mało spacerowiczów, kilka piesków, spokojnie dojadę sobie na Uniwersytet tą skarpą.
Kładka na Górnośląską. Hamuj!!! Wjechać wjechałam, ale zamiast zjazdu są... schody! Dobrze, że ktoś z boku szyny przyspawał i nie muszę znosić roweru, bo lekki to on nie jest.
Wsiadłam na rower, dojadę już sobie na Krakowskie tą skarpą.
Jadę sobie ubitą ścieżką, przyjemnie mi... Słonko świeci, pieski biegają, ptaszki śpiewają, ścieżka się kończy...
Kończy się? Jak to? No oczywiście! To przecież taras, na który przychodziłam na spacery z Babcią! Tylko dlaczego moja ścieżka kończy się schodami i muszę zjechać między drzewa, żeby nie wywinąć orła? A, no tak, bo to nie jest ścieżka rowerowa, tylko ścieżka spacerowa!
No dobrze, dobrze, ale teraz to już Na Skarpie i dotrę na to swoje Krakowskie skarpą.
Jadę sobie kocimi łbami, mijam Muzeum Ziemi (tam znów prowadzał mnie w dzieciństwie Tata), zbliżam się do kładki nad Książęcą i... hamuj!!!
Kładka w remoncie. Jest przejście, ma około pół metra szerokości, na mój widok przyspieszył i wpakował się w nie robotnik niosący jakąś gumową (?) płachtę. Idzie. Nie spieszy mu się, w pracy jest. Idzie. Całym sobą idzie. Przejście się rozszerza, ale pan środkiem idzie - płachta radośnie podryguje, zajmując całą szerokość przejścia.
Jestem po drugiej stronie. Nie chcę zjeżdżać pod most Poniatowskiego, więc postanawiam wrócić do Nowego Światu i przebyć Rondo de Gaulle'a pieszo. Potem powrót na skarpę, kładka nad Tamką, Bartoszewicza i dotrę na Krakowskie. Tą skarpą.
Nie, tu też nie ma ścieżek rowerowych. Tu są ścieżki spacerowe. Też niby je znałam, ale idąc piechotą, schodów się nie zauważa. Takich na przykład jak te do kładki na Tamce...
Nic to, wrócę Okólnikiem do Kopernika i dotrę sobie na to Krakowskie. Choć nie skarpą...
Oj, ale tu jakiś remont. Ulica częściowo ogrodzona. Stoją samochody. Nie szkodzi, przejdę między nimi, potem Okólnik, Kopernika... Coś ciasno te samochody tu stoją... Jeden od drugiego odległy o jakieś 40 - 60cm. No nie - górą mam ten rower przenosić?!
- Przejdzie pani, przejdzie! - woła pomocny pan robotnik z grupki stojącej przy ogrodzeniu. Nawet nie zauważyłam, że radośnie przyglądają się moim próbom przejścia przez jezdnię. Pomogło, ośmieliłam się - co mi tam cudzy zderzak! Przeszłam bez draśnięcia - i dobrze, bo nie wiem, na jak długo by mi tej śmiałości starczyło...
- Ładny rower. Wojskowy? Ciężki chyba, co? - panowie nadal podnosili mnie na duchu. Lepiej by mi się zrobiło, gdyby podnieśli mi rower, ale nie można mieć wszystkiego.
Trochę rowerem, trochę pieszo dotarłam w końcu do celu. Niespecjalnie tak jak planowałam.
Wybierając trasę, nie brałam pod uwagę Nowego Światu, bo tam tłum. Wracałam jednak właśnie tą ulicą. Tak, tak, ULICĄ! Odpuściłam już sobie skarpę. Na niespodziewaną ścieżkę trafiłam przy Trasie Ł, ale i tak niedługo nią jechałam, bo zaraz skręciła na północ, a ja chciałam na zachód...
Za to w nagrodę za przebycie schodów i podziemia przy Rondzie Jazdy Polskiej dostałam prawdziwą (choć dzieloną ze spacerowiczami, ale co tam!) oznakowaną ścieżkę rowerową przez całe Pola Mokotowskie (łącznie z absolutnie wjezdno/zjezdną kładką nad al. Niepodległości), która w kilka minut, bez żadnych przygód doprowadziła mnie już do samej pracy.
Przedziwny jest ten świat - wszędzie słychać, że brak nam ścieżek rowerowych, ale w czasie spacerów ciągle niechcący na nich lądujemy. Tyle, że kiedy człowiek chce się wreszcie porządnie przejechać po mieście, to okazuje się, że rzeczywiście - albo parki, do których nie wiadomo jak dotrzemy albo... Ursynów.
16.8.09
Przy Stole Pańskim
- Co to jest, Mamusiu?
- To jest Ciało Chrystusa.
- Acha, ja też chcę Ciało Chrystusa.
- Jesteś jeszcze troszkę za malutka, wiesz?
- Jak to?
- Musisz poczekać jeszcze 5 lat, kochanie.
- Acha, dobrze.
--
- Pójdziesz z nami do Komunii, Myszko?
- Ale znowu nie dostanę tego ciasteczka, które wszyscy inni dostają!
(...)
- I znowu ojciec Kasper nie dał mi ciasteczka!
- Bo jesteś jeszcze za malutka, kochanie.
- Musiałam być taka dużej urodzona?
- Tak, musiałabyś być wcześniej urodzona.
- Acha.
--
- Mamo, mamo, zobacz, piję ten soczek i jestem większa, widzisz?
- Tak, kochanie.
- I jak wypiję, to będę duża i dostanę ciasteczko, wiesz? Ojciec Kasper mi da!
- To jest Ciało Chrystusa.
- Acha, ja też chcę Ciało Chrystusa.
- Jesteś jeszcze troszkę za malutka, wiesz?
- Jak to?
- Musisz poczekać jeszcze 5 lat, kochanie.
- Acha, dobrze.
--
- Pójdziesz z nami do Komunii, Myszko?
- Ale znowu nie dostanę tego ciasteczka, które wszyscy inni dostają!
(...)
- I znowu ojciec Kasper nie dał mi ciasteczka!
- Bo jesteś jeszcze za malutka, kochanie.
- Musiałam być taka dużej urodzona?
- Tak, musiałabyś być wcześniej urodzona.
- Acha.
--
- Mamo, mamo, zobacz, piję ten soczek i jestem większa, widzisz?
- Tak, kochanie.
- I jak wypiję, to będę duża i dostanę ciasteczko, wiesz? Ojciec Kasper mi da!
7.8.09
Najtrudniejszy język na świecie
- Franiu, nie spychniaj mnie!
- Natko, mówi się "nie spychaj".
- Franiu, nie spychaj mnie! Ja nie chcę być spychniona! Mamo, Franio mnie robi spychnioną!
- Natko, to się nazywa "zepchnięta".
- Franiu, ja nie chcę być zepchnięta! Mamo, Franio chce mnie zepchnąć!
- Franiu, nie spychaj Natki!
- Natko, mówi się "nie spychaj".
- Franiu, nie spychaj mnie! Ja nie chcę być spychniona! Mamo, Franio mnie robi spychnioną!
- Natko, to się nazywa "zepchnięta".
- Franiu, ja nie chcę być zepchnięta! Mamo, Franio chce mnie zepchnąć!
- Franiu, nie spychaj Natki!
Duże, duże!
Rozmawiam przez telefon, leżąc na łóżku (bo boleśnie kopnięta w głowę przez skaczącą z oparcia Mysz uznałam, że teraz mama ma relaks). Królik mozolnie wspina się z podłogi wprost na mój brzuch.
- Uch, wspina się na mnie to małe - mówię do telefonu.
Natka układa się wygodnie w poprzek mnie.
- Powiedz, że wspina się na ciebie to duże.
- Uch, wspina się na mnie to małe - mówię do telefonu.
Natka układa się wygodnie w poprzek mnie.
- Powiedz, że wspina się na ciebie to duże.
29.7.09
Sąd rodzinny
- FRRRANEK!!! - rozlega się nagle Myszokrzyk
- UAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! - tuż potem uruchamia się Królicza syrena alarmowa.
- Dzieci, dzieci, co się stało?
- Bo Franek mi...
I znowu się zaczyna.
- A ty co zrobiłaś, Myszko? A dlaczego to i tamto? - całe okropne dochodzenie...
To nieustanne rozstrzyganie sporów wpędza mnie czasem w naprawdę głęboki dołek. Rano racja była po jednej stronie, wieczorem jest znowu po drugiej. A my ciągle tylko Wysoki Sąd Ojciec albo Matka Wysoka Sędzina - też mi władza! Skąd właściwie mamy wiedzieć, kto tak naprawdę ma rację? Najchętniej wcale bym tego nie rozstrzygała, bo i po co, ale dziecięcego poczucia sprawiedliwości nie wolno lekceważyć. A potem jeszcze jaką (i czy w ogóle) karę zastosować? Zwłaszcza, że w naszym przypadku jeden z adwokatów jest baaaardzo wygadany, a drugi i tak zawsze niepocieszony, bo albo przegrał albo przykro mu, że Mysz jest smutna.
Kodeksu praw nie ma, bo i nie może być, kiedy podsądni ciągle wszystkiego się uczą, a wykroczenia i tak w końcu wpadają do worka "ale to było niechcący".
A ja wcale nie przypadkiem nie studiowałam prawa. Ja nie chcę rozstrzygać o winach, wyznaczać kar, zbierać aktów pokuty. Czy macierzyństwo to nie mogłyby być tylko uśmiechy, oklaski i kwiaty?
- UAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! - tuż potem uruchamia się Królicza syrena alarmowa.
- Dzieci, dzieci, co się stało?
- Bo Franek mi...
I znowu się zaczyna.
- A ty co zrobiłaś, Myszko? A dlaczego to i tamto? - całe okropne dochodzenie...
To nieustanne rozstrzyganie sporów wpędza mnie czasem w naprawdę głęboki dołek. Rano racja była po jednej stronie, wieczorem jest znowu po drugiej. A my ciągle tylko Wysoki Sąd Ojciec albo Matka Wysoka Sędzina - też mi władza! Skąd właściwie mamy wiedzieć, kto tak naprawdę ma rację? Najchętniej wcale bym tego nie rozstrzygała, bo i po co, ale dziecięcego poczucia sprawiedliwości nie wolno lekceważyć. A potem jeszcze jaką (i czy w ogóle) karę zastosować? Zwłaszcza, że w naszym przypadku jeden z adwokatów jest baaaardzo wygadany, a drugi i tak zawsze niepocieszony, bo albo przegrał albo przykro mu, że Mysz jest smutna.
Kodeksu praw nie ma, bo i nie może być, kiedy podsądni ciągle wszystkiego się uczą, a wykroczenia i tak w końcu wpadają do worka "ale to było niechcący".
A ja wcale nie przypadkiem nie studiowałam prawa. Ja nie chcę rozstrzygać o winach, wyznaczać kar, zbierać aktów pokuty. Czy macierzyństwo to nie mogłyby być tylko uśmiechy, oklaski i kwiaty?
23.7.09
Piosenek ciąg dalszy
... i jest na dworze...
i pada deszcz...
i nie wiem co zrobić...
nasza rodzina...
ducha świętego...
bardzo dziękujemy za...
królestwo cioci Aaani
świętojańskie...
serce bije, serce bije z radości sto lat
i pada deszcz...
i nie wiem co zrobić...
nasza rodzina...
ducha świętego...
bardzo dziękujemy za...
królestwo cioci Aaani
świętojańskie...
serce bije, serce bije z radości sto lat
Subskrybuj:
Posty (Atom)