13.3.10
10.3.10
Wojna
- Myszko, a co się stało, że był taki płacz?
- No bo mnie przewrócił!
- A co się stało, że Franio ma czerwony policzek?
- No bo go niechcący szczypnęłam.
- Jak to niechcący?
- No niechcący go szczypnęłam, jak była walka.
- Jak CO było?
- No wojna jak była.
- No bo mnie przewrócił!
- A co się stało, że Franio ma czerwony policzek?
- No bo go niechcący szczypnęłam.
- Jak to niechcący?
- No niechcący go szczypnęłam, jak była walka.
- Jak CO było?
- No wojna jak była.
28.2.10
Kolejność
- No, kończymy kąpiel, dzieciaki.
- Mamo, zapomniałaś umyć zęby!
- No tak, dziękuję Myszko.
- Nie! Moja szczotka pierwsza!
- Ale Myszko, tym razem pierwszą chwyciłam Frania.
- Ale ja tu jestem KRÓLOWĄ!
- Mamo, zapomniałaś umyć zęby!
- No tak, dziękuję Myszko.
- Nie! Moja szczotka pierwsza!
- Ale Myszko, tym razem pierwszą chwyciłam Frania.
- Ale ja tu jestem KRÓLOWĄ!
23.2.10
Mamo, nie słyszę kołysanek
Mysz przestała nas słuchać. Trzeba było się nieźle nakrzyczeć, żeby zwróciła na nas uwagę. Bardzo mnie to denerwowało - bunt buntem, ale to już była przesada. Zaczęłyśmy się wzajemnie karać. Ja karałam ją za to, że mnie ignoruje - ona karała mnie zasmuconymi oczętami. Serce mi pękało, ale trzymałam się myśli, że nie może robić, czego tylko chce, nie wolno jej przecież rozpuszczać.
Krnąbrności towarzyszyła osowiałość. Nawet panie w przedszkolu mówiły, że nie słucha, że jest jakaś nieswoja, że nawet zasypia na leżakowaniu (!). Jednocześnie Myszka wtulała się w nas bardziej niż zwykle.
- Nie chcę chodzić do przedszkola! Nigdy już nie pójdę do przedszkola! - tego było już dla mnie za dużo.
- Dlaczego, Myszko, co się dzieje w przedszkolu, że nie chcesz tam iść?
- Nooo nie lubię chłopaków! Iii panie już nie mówią do dzieci.
Już wtedy powinnam się była domyślić, ale dopiero wieczorem dostałam w głowę młotkiem:
- Mamo, nie słyszę kołysanek.
Wtedy do mnie dotarło - Myszka źle słyszy.
MYSZKA ŹLE SŁYSZY!!!
Nagle wszystko zaczęło pasować. Jej brak zrozumienia dla mojej złości, osowiałość, brak reakcji na pytania pań w przedszkolu.
Przeprowadziłam test. Stanęłam tuż za plecami Myszki i zapytałam:
- Chcesz Mambę?
- Taaaaak! - krzyknął Franio stojący w oddali. Mysz nie odezwała się. Pokazałam jej Mambę:
- Taaaaak! - rozpromieniła się.
- Myszko kochana, jak Twoje uszka? Jak mnie słyszysz?
- Ktoś zabrał mi dźwięk.
Teraz zamiast mówić i wołać, zwracaliśmy jej najpierw uwagę dotknięciem. Wszystko się nagle zmieniło - patrzyła na nas zdziwiona, ale uśmiechnięta.
W poniedziałek pojechałyśmy na laryngologię do Szpitala Bielańskiego. Musiałyśmy co prawda poczekać, aż pan doktor skończy operować, ale nic nas nie odstraszało. Mysz przez ponad godzinę wtulała się we mnie cichutko - niewiarygodne, bo jak 3,5-latka wytrzyma 15 minut bez ruchu, a co dopiero godzinę?
- Mamo, tylko powiedz, że ja słabo słyszę, dobrze? - wyszeptała zawstydzona Myszunia na widok doktora.
Uszka i nosek co prawda były czyste, ale ostatnie ciągnące się infekcje spowodowały obrzęk trąbek słuchowych.
Zabieg był prościutki, choć nieprzyjemny. Myszka się rozpłakała, ale po chwili rozpromieniona wołała:
- Mamo, słyszę te panie! Mamo, słyszę instrumenty!
Świat zupełnie się zmienił, nagle wszędzie było jej pełno - siedzenie u mamy na kolanach? Szkoda czasu! Tyle się wokół dzieje!
To było tylko kilka dni, ale ciężko mi poradzić sobie z myślą, że choć jeden raz Mysz została ukarana niesłusznie. Jak to możliwe, że nikt z nas się od razu nie zorientował?
Wieczorem Królik szalał przed pójściem spać - biegał, krzyczał, skakał, śpiewał.
- Mamo! Powiedz mu coś! Ciszej trochę, no! Bo uszy mi pękają!
Krnąbrności towarzyszyła osowiałość. Nawet panie w przedszkolu mówiły, że nie słucha, że jest jakaś nieswoja, że nawet zasypia na leżakowaniu (!). Jednocześnie Myszka wtulała się w nas bardziej niż zwykle.
- Nie chcę chodzić do przedszkola! Nigdy już nie pójdę do przedszkola! - tego było już dla mnie za dużo.
- Dlaczego, Myszko, co się dzieje w przedszkolu, że nie chcesz tam iść?
- Nooo nie lubię chłopaków! Iii panie już nie mówią do dzieci.
Już wtedy powinnam się była domyślić, ale dopiero wieczorem dostałam w głowę młotkiem:
- Mamo, nie słyszę kołysanek.
Wtedy do mnie dotarło - Myszka źle słyszy.
MYSZKA ŹLE SŁYSZY!!!
Nagle wszystko zaczęło pasować. Jej brak zrozumienia dla mojej złości, osowiałość, brak reakcji na pytania pań w przedszkolu.
Przeprowadziłam test. Stanęłam tuż za plecami Myszki i zapytałam:
- Chcesz Mambę?
- Taaaaak! - krzyknął Franio stojący w oddali. Mysz nie odezwała się. Pokazałam jej Mambę:
- Taaaaak! - rozpromieniła się.
- Myszko kochana, jak Twoje uszka? Jak mnie słyszysz?
- Ktoś zabrał mi dźwięk.
Teraz zamiast mówić i wołać, zwracaliśmy jej najpierw uwagę dotknięciem. Wszystko się nagle zmieniło - patrzyła na nas zdziwiona, ale uśmiechnięta.
W poniedziałek pojechałyśmy na laryngologię do Szpitala Bielańskiego. Musiałyśmy co prawda poczekać, aż pan doktor skończy operować, ale nic nas nie odstraszało. Mysz przez ponad godzinę wtulała się we mnie cichutko - niewiarygodne, bo jak 3,5-latka wytrzyma 15 minut bez ruchu, a co dopiero godzinę?
- Mamo, tylko powiedz, że ja słabo słyszę, dobrze? - wyszeptała zawstydzona Myszunia na widok doktora.
Uszka i nosek co prawda były czyste, ale ostatnie ciągnące się infekcje spowodowały obrzęk trąbek słuchowych.
Zabieg był prościutki, choć nieprzyjemny. Myszka się rozpłakała, ale po chwili rozpromieniona wołała:
- Mamo, słyszę te panie! Mamo, słyszę instrumenty!
Świat zupełnie się zmienił, nagle wszędzie było jej pełno - siedzenie u mamy na kolanach? Szkoda czasu! Tyle się wokół dzieje!
To było tylko kilka dni, ale ciężko mi poradzić sobie z myślą, że choć jeden raz Mysz została ukarana niesłusznie. Jak to możliwe, że nikt z nas się od razu nie zorientował?
Wieczorem Królik szalał przed pójściem spać - biegał, krzyczał, skakał, śpiewał.
- Mamo! Powiedz mu coś! Ciszej trochę, no! Bo uszy mi pękają!
15.2.10
Nocna przytomność
W środku nocy obudził nas płacz Króliczka. Zrywam się:
- Już idę, Franiołku.
- Mamo, powiedz - rozlega się z głębin naszej pościeli szept na wpół śpiącej Myszki. Znów nie zauważyliśmy, kiedy do nas przyszła.
- Co mam powiedzieć, Myszko?
- "Lecę, pędzę" - przypomniała mi mój sztandarowy okrzyk pędzącej środkiem nocy mamuśki.
--
- Franio zasnął - mówi Tuś, wychodząc z dziecięcego pokoju.
- Ja jeszcze nie idę - Mysz wciąż się kręci, więc nie mogę wyjść.
W ciszy Myszka wtula się we mnie:
- Dziękuję.
- Za co mi dziękujesz, kochanie?
- Że nie powiedziałaś: "przyjdź po mnie za chwilę".
- Już idę, Franiołku.
- Mamo, powiedz - rozlega się z głębin naszej pościeli szept na wpół śpiącej Myszki. Znów nie zauważyliśmy, kiedy do nas przyszła.
- Co mam powiedzieć, Myszko?
- "Lecę, pędzę" - przypomniała mi mój sztandarowy okrzyk pędzącej środkiem nocy mamuśki.
--
- Franio zasnął - mówi Tuś, wychodząc z dziecięcego pokoju.
- Ja jeszcze nie idę - Mysz wciąż się kręci, więc nie mogę wyjść.
W ciszy Myszka wtula się we mnie:
- Dziękuję.
- Za co mi dziękujesz, kochanie?
- Że nie powiedziałaś: "przyjdź po mnie za chwilę".
Logika
- Nie chcę tu Frania! Ja go nie lubię!
- Natko! Dlaczego tak mówisz?
- Bo ja nie lubię chłopaków!
- Rozumiem, masz prawo nie lubić chłopaków, ale Franio to Twój braciszek, nie możesz być dla niego taka niedobra.
- Ale jak Franio może być moim braciszkiem, skoro tak rozrabia?
Hmm... Jakby się tak głębiej nad tym zastanowić, to może właśnie dlatego?
- Natko! Dlaczego tak mówisz?
- Bo ja nie lubię chłopaków!
- Rozumiem, masz prawo nie lubić chłopaków, ale Franio to Twój braciszek, nie możesz być dla niego taka niedobra.
- Ale jak Franio może być moim braciszkiem, skoro tak rozrabia?
Hmm... Jakby się tak głębiej nad tym zastanowić, to może właśnie dlatego?
31.1.10
Cukiernicze początki
Jest takie ciasto, nazywa się ambasador. Niektórzy mogą je znać jako murzynka, ale ambasador brzmi dostojniej. Przyniosła je do liceum na koniec szkoły Przyjaciółka Mamy na Myszogrodzie. Nie wypadało tak ciągle prosić o przyniesienie kolejnego, trzeba było osobiście zabrać się do pieczenia. Choć Mama na Myszogrodzie uważała wówczas, że niczego w kuchni wyczarować nie potrafi, przepis na szczęście był tak prosty, że wyszedł i do dziś wychodzi nawet pomimo pewnych usterek. Tak zaczęło się wielkie cukierniczenie.
Wczoraj Tata na Myszogrodzie został w domu pilnować przychówku, podczas gdy Mama pojechała zarabiać pieniądze. Miał tylko rozpuścić składniki ambasadora i zostawić do ostygnięcia... ale ciekawość była silniejsza. Widać Tata ma gdzieś głęboko ukrytą żyłkę hazardową.
Kiedy Mama wróciła do domu, już na klatce schodowej wiedziała, co się stało. Wiedziałaby, nawet gdyby miała katar i cudowny zapach jej nie uprzedził, Tata uśmiechał się bowiem jak kot, który wypił śmietanę i zakąsił sperką.
- Jak cudownie! Pięknie ci wyrosło! A wiesz, jak ja pierwszy raz je robiłam, to mi wykipiało, bo wsypałam cały proszek do pieczenia, a wystarczy łyżeczka.
- Jak to, przecież w przepisie jest "wsypać... proszek do pieczenia..." - Tata czytał przepis i im głębiej zagłębiał się w składniki, tym bardziej wyglądał jak kot wyciągnięty z przerębli.
"1 margaryna (my dajemy masło)
2 szklanki cukru
1/2 szklanki mleka
1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki proszku do pieczenia (wystarczy jedna, a właściwie to nawet szczypta)
3 cukry waniliowe
3 łyżki kakao (albo dwie tabliczki gorzkiej czekolady)
4 jajka (były trzy i też wyszło)
Margarynę, cukier, mleko, cukier waniliowy i kakao (w naszej wersji czekoladę) rozpuścić, ostudzić, zostawić 1/2 szklanki na polewę, do reszty po ostudzeniu dodać mąkę i proszek do pieczenia. Ucierając na jednolitą masę, dodawać jajka. Piec około 45 minut."
Prawda że proste i nic się nie może nie udać? Wystarczy czytać ze zrozumieniem...
Na szczęście Tatowy proszek był widać zleżały, bo ciasto nie tylko nie wykipiało, ale i na języku robiło całkiem przyjemne wrażenie, po chwili dopiero zostawiając dziwny, metalicznie-garbnikowy ślad. Zdjęcia ciasta nie ma, bo wszystko zjedzone, między innymi przez tych, co na zdjęciu.

Aha! Ponieważ nie mieliśmy wanilii ani cukru waniliowego, powstał ambasador Indii - z kardamonem i cynamonem (po 1/2 łyżeczki) oraz pięcioma utartymi w moździerzu goździkami.
W fazie przedprototypowej są jeszcze ambasador Białorusi (szklanka miodu zamiast 1/2 szklanki cukru i 1/2 szklanki mleka, plus nieco mleka w proszku), ambasador Meksyku (chili!), oraz ambasador Hiszpanii (skórka pomarańczowa).
Za przepis bardzo dziękujemy Kornelii, a przede wszystkim jej Mamie, bez której nigdy nie powstałby wspaniały, pożółkły zeszyt pełen przepisów.
Wczoraj Tata na Myszogrodzie został w domu pilnować przychówku, podczas gdy Mama pojechała zarabiać pieniądze. Miał tylko rozpuścić składniki ambasadora i zostawić do ostygnięcia... ale ciekawość była silniejsza. Widać Tata ma gdzieś głęboko ukrytą żyłkę hazardową.
Kiedy Mama wróciła do domu, już na klatce schodowej wiedziała, co się stało. Wiedziałaby, nawet gdyby miała katar i cudowny zapach jej nie uprzedził, Tata uśmiechał się bowiem jak kot, który wypił śmietanę i zakąsił sperką.
- Jak cudownie! Pięknie ci wyrosło! A wiesz, jak ja pierwszy raz je robiłam, to mi wykipiało, bo wsypałam cały proszek do pieczenia, a wystarczy łyżeczka.
- Jak to, przecież w przepisie jest "wsypać... proszek do pieczenia..." - Tata czytał przepis i im głębiej zagłębiał się w składniki, tym bardziej wyglądał jak kot wyciągnięty z przerębli.
"1 margaryna (my dajemy masło)
2 szklanki cukru
1/2 szklanki mleka
1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki proszku do pieczenia (wystarczy jedna, a właściwie to nawet szczypta)
3 cukry waniliowe
3 łyżki kakao (albo dwie tabliczki gorzkiej czekolady)
4 jajka (były trzy i też wyszło)
Margarynę, cukier, mleko, cukier waniliowy i kakao (w naszej wersji czekoladę) rozpuścić, ostudzić, zostawić 1/2 szklanki na polewę, do reszty po ostudzeniu dodać mąkę i proszek do pieczenia. Ucierając na jednolitą masę, dodawać jajka. Piec około 45 minut."
Prawda że proste i nic się nie może nie udać? Wystarczy czytać ze zrozumieniem...
Na szczęście Tatowy proszek był widać zleżały, bo ciasto nie tylko nie wykipiało, ale i na języku robiło całkiem przyjemne wrażenie, po chwili dopiero zostawiając dziwny, metalicznie-garbnikowy ślad. Zdjęcia ciasta nie ma, bo wszystko zjedzone, między innymi przez tych, co na zdjęciu.

Aha! Ponieważ nie mieliśmy wanilii ani cukru waniliowego, powstał ambasador Indii - z kardamonem i cynamonem (po 1/2 łyżeczki) oraz pięcioma utartymi w moździerzu goździkami.
W fazie przedprototypowej są jeszcze ambasador Białorusi (szklanka miodu zamiast 1/2 szklanki cukru i 1/2 szklanki mleka, plus nieco mleka w proszku), ambasador Meksyku (chili!), oraz ambasador Hiszpanii (skórka pomarańczowa).
Za przepis bardzo dziękujemy Kornelii, a przede wszystkim jej Mamie, bez której nigdy nie powstałby wspaniały, pożółkły zeszyt pełen przepisów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)