12.4.12

Souris à Paris

Nie tylko Mysz i nie tylko w Paryżu, ale nie mogliśmy się oprzeć tytułowi. Pod koniec kwietnia myszogrodzianie wyruszają w Europę na pokładzie pożyczonego auta turystycznego klasy "dom na kołach poniżej 3,5 tony". W planach jest tytułowy Paryż, a po drodze Szwajcaria (nie Kaszubska, ale i nie ta bezprzymiotnikowa, tylko Saksońska czyli Saska), Wenecja i może Londyn, a może Amsterdam, a właściwie sami jeszcze nie wiemy co, bo nie chcemy się stresować, że musimy zdążyć dotrzeć i obejrzeć. Co będzie, to będzie. Czasu mamy dużo, bo jedziemy na trzy tygodnie. A może na dłużej? Urlop nie jest już problemem, bowiem od niedawna cały Myszogród jest bez pracy. Planów wakacyjnych nie zmieniamy, gdyż jeśli nie teraz, to są duże szanse, że już nigdy.
Życzcie nam szczęścia i stopy drogi pod kołami.
PS Rady, pomysły, a może nawet zaproszenia ślijcie na myszogrod@gmail.com

26.3.12

Królik strażakiem

- Drzewo się pali! - krzyknął Franio.
Zrobiłem dwa kroki i zobaczyłem - wysoki jałowiec na działce sąsiada stał w ogniu. Trzask i syk płomieni dobiegały coraz wyraźniej. - Panie Bogdanie, jałowiec się pali! - ryknąłem. Krzyk, tupot, dwa wiadra wody i... już było po wszystkim.
Jałowiec podpaliła płonąca trawa, a ta zajęła się od ogniska, w którym sąsiad palił suche liście i trawę. Spalił się prawie cały, ale wisząca nad nim sosna - już nie. Podobnie jak stojąca koło niej kolejna, i kolejna, i następna, i rząd świerków, a dalej już stała nasza wyschnięta na wiór drewniana chałupa.
To była ostania chwila. Swoim krzykiem Franio uratował nasz dom na działce!

13.3.12

Trudna sztuka leczenia

MysiKróliki bawią się w szpital:
F: Zszywacz!
N: Jest zszywacz.
F: Uuuu. To pacjent. Natka, wiesz co? Ja tu niechcący zrobiłem dziurę, ale nie wiem gdzie, bo ona jest pod futerkiem. Przepraszam, piesku. [buziak] O, tu jest dziura. [buziak] No, już go nie boli.
--
N: Tlen!
F: Co?
N: Tlen!
F: Co?
MnM: Tlen, Franiu. Do podania dla misia.
F: Ale co to jest tlen?
N: To lekarstwo, no!
F: Ale jakie lekarstwo?
MnM: Franiu, teraz na przykład oddychasz tlenem.
F: Jaaa? [kilka bardzo głośnych i głębokich wdechów] Dobrze, to weź sobie ten mój tlen i go sprzedaj.

No i zgubiłam się.

Nasze zabawkowe porażki

- Mamo, do czego to służy?
- To są patyczki do lodów.
- Do bawienia?
- Nie, do jedzenia lodów.
- Ale mogą też być miecze?
- Nie bardzo, bo to byłaby broń, prawda?
- Nie, to BĘDĄ miecze!
--
Przypomniało mi się, że dawniej w Myszogrodzie zakazane były dwa typy zabawek: militaria i lalki Barbie. Fali lalek Barbie nie byliśmy w stanie powstrzymać gdy Mysz ruszyła do przedszkola, ale na broń w króliczych zabawkach dłużej mieliśmy wpływ - do czasu kiedy zbudował karabin z butów lalki Barbie. Z kozaczków.

12.3.12

Lubić - jak to trudno powiedzieć

- I jak po powrocie do przedszkola, Myszko? Ucieszyłaś się ze spotkania z Tosią?
- Tak, ale ona znowu mnie nie lubi.
- Jak to?
- No tak, bo ona mnie lubi, nie lubi, lubi, nie lubi, lubi, nie lubi, lubi. I ciągle chce się bawić z innymi!
- A na sobotę chcesz ją zaprosić?
- Oczywiście! Ona jest moją przyjaciółką! A jak się chłopaki śmiali, że mnie nie było, to mówiła mi, żebym się nie przejmowała.
- Widzisz, to jednak cię lubi.
- Tak, bardzo.
--
- Ja nie chcę iść do przedszkola, jestem bardzo chory!
- Króliczku, jesteś już zdrowy, a w przedszkolu jest przecież fajnie.
- Ale ja chcę zostać z tobą.
- A wiesz, że chłopcy się martwią, że nie przychodzisz? I pytają kiedy będziesz. Franio, Antek, Maciuś, Jaś...
- Ja Jasia nie lubię!
- Ojej, dlaczego?
- Bo on ciągle pyta tylko: "lubisz mnie, lubisz mnie?" i to bardzo trudno tak odpowiadać.

Igła w tarczycy

- Proszę pani, ten guz to taki graniczny jest, ale w sumie pani jest jeszcze młoda, więc dobrze, zlecimy kolejne badania.

Minęło kilka tygodni:
- Dobry wieczór, czy szatnia jest jeszcze czynna?
- A do jakiego pani idzie lekarza?
- Nie bardzo wiem, do gabinetu 143.
- Aaaa, biopsja! A to pani zdąży kurtkę odebrać. I niech się pani nie boi - panie to wszystkie takie wystraszone, a to nic takiego, wspomni pani moje słowa! Zobaczy pani!
To się chyba nazywa dodawanie otuchy. Tyle, że ja w przyjmowaniu nigdy nie byłam za dobra.

Jestem przed czasem, powoli zbliżam się do gabinetu. Drzwi uchylone, a ze środka dobiega:
- Pani S.? Pani wchodzi! Proszę, proszę, nie gryziemy.
No nie byłabym taka pewna - myślę sobie. W gabinecie czeka dwóch uśmiechniętych lekarzy.
- Proszę, niech pani sobie tu usiądzie. Prosimy skierowanie i wyniki USG... Dobrze, dobrze, no to jedziemy. Pani się niczego nie boi, to nic takiego, zobaczy pani.
- Jasne, to dlaczego wszyscy to powtarzają?
- Jak pani tak będzie ciągle gadać, to niczego nie znajdę.
- O, to może ja już nie przestanę gadać, wtedy guz sam zniknie i będę zdrowa?
- Albo jak pani przestanie gadać, to się pani uratuje?
- Fakt.
- No nie ma, naprawdę nie ma. Ty, pokaż mi to USG... No jasne, źle badanie...
"przeprowadzili? jestem zdrowa?" - myślę w panice
-... opisali. Pani ma tego guza z lewej strony, nie z prawej!
Nadzieja prysła. W końcu to tylko bańka mydlana.
- No to jedziemy jeszcze raz. Oooo, jest! O, jaki ładny! O, jaki piękny! Widzi pani? No, jeszcze chwila. No bardzo piękny. O, i już! Nie mówiłem, że nie ma się czego bać?

No mówił, mówił, nie on jeden zresztą. Ale tak prawdę mówiąc, jeśli chodzi o komplementy, to pierwszy raz podobał się komuś mój... guz. Zastanawiam się teraz - zboczenie zawodowe, czy też cieszył się, że na oko wygląda na łagodny?

Mam nadzieję, że to drugie. Dowiemy się za dwa tygodnie.

11.3.12

Dla W. Sz.

Pewien kleryk z Sandomierza
wychowywał kiedyś jeża.
Jednak był to jeż bogaty,
uciekł więc z kleryczej chaty.