27.1.11

Dinozarły, czyli oglądając Disneya

- Mamo, patrz, patrz, diplodokus!
- A, to ta babcia?
- Nie, babcia to triceratops, no przecież! I tu są dwie babcie!

22.1.11

Wyrwane z kontekstu

- Dziadek prosi, żeby mu pożyczyć czołówkę, bo wody gruntowe się podniosły i musi wyłapać ryby w piwnicy.
PS. Czołówka - latarka grotołazów

18.1.11

A nie mówiłam, że przyjdę?

Wieczór, światła pogaszone, kołysanki wyśpiewane. Cisza.
Królik: Mamooo...
Ja: Już nic nie mówimy, Króliczku, czekamy na sen. Cichutko.
Cisza. Czekamy.
Królik: Mamo, ale ja chcę SIUSIU.
Ja: No to biegnij szybciutko i zaraz wracaj, dobrze?
Szur, szur, szur, stuk, puk - Auaa! - Królik trafił na porzucone autko. Wybiegł z pokoju.
Mysz: Mamooo, piiiić.
Ja: No to biegnij kochanie i zaraz wracaj, dobrze?
MysiKróliki napojone i wysiusiane (ponownie). Czekamy na sen. Cisza.
Cisza i wiercikołdry.
Mysz: Mamooo...
Ja: Myszko, już nic nie mówimy, zasypiamy, dobrze?
Mysz: Ale ja muszę ci coś powiedzieć.
Ja: Kochanie, teraz zasypiamy, nie rozmawiajmy już, proszę cię?
Mysz: Ale ja muszę, ja MUSZĘ, prooooszęęęęę.
Ciemno w pokoju, ale i tak widzę jej wielkie błyszczące oczy.
Ja: No dobrze, co chciałabyś powiedzieć?
Mysz: Wiesz co? Jak już skończysz prasoooowaaaaać i tatuś skończy graaaaać, to pójdźcie spać i wtedy do was przyjdziemy, dobrze?
Królik (dla niepoznaki udający dotąd, że już śpi): Tak, bo my się sami boimy spać. Ja się boiłem, wiesz?
Jakieś dwie godziny później:
tup, tup, tup, tup, tup, tup...
Mysz wbiega do pokoju niemal śpiąc jeszcze:
- A nie mówiłam, że przyjdę? - wpakowała się na sam środek łóżka (podbierając mi przy tym poduszkę), wcisnęła łokieć w Tusia, a kolano we mnie i...
z uśmiechem zasnęła.
Za jakieś pół godziny przybiegnie jeszcze Króliczek, by wbić łokieć w mój drugi bok.

15.1.11

Szkolić czy nie szkolić? Oto jest pytanie

- CZY PANI WIE, CO ROBI NATALIA?! - gromko zakrzyknęła pani przedszkolanka, gdy przyszłam po Mysz.
Gdybym była Melonem, uszy ukryłabym chyba za piętami.
- Nie wiem, a co się stało? - starałam się ukryć przerażenie. Może spruła dywan? Może odgryzła komuś ucho? Moja wyobraźnia powędrowała swoimi strasznymi ścieżkami.
- TO PROSZĘ, NIECH PANI SAMA ZOBACZY!
Powędrowałam za panią na miękkich kolanach. Nad wyobraźnią już dawno straciłam kontrolę - co też mogła zrobić moja kochana czterolatka? Czteroipół, gwoli ścisłości.
Weszłyśmy do sali pełnej rozbawionych dzieci. Żadnych oznak katastrofy.
- PROSZĘ! - gruchnęła pani, podając mi kartkę.
Nic nie rozumiałam. Na kartce był rysunek. Po prostu rysunek. W szoku nie zapamiętałam nawet, co na nim było, ale od razu poznałam, że to Mysi rysunek. Natalia rysuje z zapamiętaniem, zawsze, gdy tylko może. Dobór kolorów ma zawsze przemyślany (w żółtej sukience może wystąpić jedynie Bella, a w żółtej spódnicy wyłącznie Królewna Śnieżka). Nieraz zdarza się, że przychodząc po MysiKróliki, muszę czekać na nią dłużej, bo choć wie, że już jestem, przed wyjściem do domu musi skończyć rysunek.
- Czy coś z nim nie tak? - spytałam, bo choć muzykę potrafię ocenić, to jednak na rysowaniu się nie znam i nie widziałam nic groźnego w Mysiej pracy.
- NO MUSICIE JĄ PAŃSTWO SZKOLIĆ! ONA TAK PIĘKNIE RYSUJE!
Więc to o to chodziło? Cały ten krzyk tylko dlatego, że pani nie potrafi już normalnie rozmawiać? Trochę szkoda, bo odebrała mi przyjemność rozkoszowania się pochwałą.
Ale nie o pani miała być mowa, tylko o talencie naszej Córeczki.
Jako mama uważam oczywiście, że jej rysunki są wspaniałe. Na tej zasadzie zachwyty Tusia odbieram głównie jako ojcowską dumę. Ale rzeczywiście nie znam prac innych dzieci w jej wieku i nie mam pojęcia, czy rysuje lepiej niż rówieśnicy. Jeśli ktoś z zewnątrz zwraca uwagę, to może warto się zastanowić?
Wczoraj pani Basia (wspaniała pani Basia, dlatego mogę ją wymienić z imienia) też mówiła, że Mysie rysunki są w przedszkolu odbierane jako niezwykłe.
- Powinniście ją państwo zapisać na jakieś zajęcia.
No i mamy dylemat. Zapisać ją na kurs, na którym wiele się nauczy, czy lepiej poczekać, żeby nikt jej nie zmanierował?
Pewien Ktoś opowiadał mi, że wybrał się na lekcję rysunku, narysował karetkę, która za nic nie chciała być w ruchu. Podszedł nauczyciel, narysował kilka kresek i karetka ruszyła na sygnale (żeby nie napisać "z kopyta"). Dobrze byłoby, gdyby Myszka nauczyła się takich czarów (choć może niekoniecznie już teraz?).
Raz poprosiła mnie o dorysowanie oka jednej z jej księżniczek. Narysowałam oko razem z brwią. Mysz przyjrzała się uważnie i od tej pory wszystkie jej księżniczki mają brwi (choć początkowo z braku wprawy nie dodawało im to uroku). Mysz głodna jest więc wiedzy natury technicznej.
A z drugiej strony - może lepiej poczekać aż sama odszuka w sobie to coś? Może zatrzymać się na etapie zabawy i zobaczyć co z tego wyniknie?
Rysunek to nie muzyka - może nie trzeba zaczynać już w czwartym roku życia?

Tu Mysz z rysunkiem-prezentem dla Tosi na imieniny - "Wakacje i namiot do nocowania".











PS.
Trochę szkoda, że do zmiany wychowawczyni zostało nam jeszcze pół roku.
A tu więcej myszyrysunków.

12.1.11

Wybielanie niedźwiedzi, czyli polaryzacja

- Mamusiu, jak ty pięknie pachniesz - wieczorową porą wwąchała się we mnie Mysz, udowadniając po raz trzy miliony osiemset pięćdziesiąty pierwszy, że jest prawdziwą kobietą (rankiem tego dnia wyjątkowo spryskałam się perfumami).

- Mamo! Ty śmierdzisz! - bez ogródek wyjechał mi Królik - Co jadłaś?!
Uff, to nie ja, to tylko czosnek z najnowszego dressingu do sałatki z kapusty pekińskiej - co za ulga.
- A ty co jesz, tato?
- Kapustę pekińską.
- To też będziesz śmierdział!

Nasze jabłuszka spadły jak widać po przeciwnych stronach jabłoni. Przykładów jest więcej:

Mysz: - Mamo, byłam w sklepiku i kupiłam ci taką piękną książeczkę, o zobacz!
Królik: - Ja też byłem, mamo, też ci kupiłem!
Mysz: - Kupiłam ci książeczkę o księżniczkach.
Królik: - A ja o wilkach! UAAaaa!
--
Mysz: - Poproszę film o syrenkach.
Królik: - Nie! To już było!
--
Królik: - Poproszę film o Zygzaku.
Mysz: - O nie! Tylko nie Zygzak! To nudne jest!
--
Mysz: - Poproszę kanapeczkę z nutellą.
Królik: - Ja też chcę kanapeczkę! Z szynką!

9.1.11

Toaletywność

- Króliczku, może zrobisz siusiu do sedesu jak duże chłopaki?
- No dobra. O nie, gdzie jest sedeska?

Wbiegając do toalety z pięścią wyciągniętą naprzód à la Buzz Astral (alias Lightyear):
- Na koniec świata i jeszcze kupa!

5.1.11

Zemsta

Zdarzyło się kiedyś, że pomyliłam coś w zaproszeniu i przyszliśmy do Stryjostwa o godzinę za wcześnie. Strasznie mi było głupio patrzeć, jak w trybie awaryjnym kończą przygotowania i starają się nie okazać nam, jaką spowodowaliśmy katastrofę. Nie sądziłam jednak, że los zemści się, zamieniając bumerang w kulę śniegową.
A było to tak:
Królik bardzo czekał na swoje urodziny, i to już od lipca (Mysz czeka na swoje od stycznia i każde z nich chce się zamieniać, a najlepiej podzielić i mieć urodziny co pół roku, choćby i wspólne). Urodziny to dla nas ważne święto, zapraszamy więc dużo dzieci.
MysiKróliki przyzwyczajone są do wszechobecnego psiego futra, ale inne dzieci nieco mniej, więc w sobotę zabrałam się w stroju roboczym do odmeloniania zabawek. Tuś z ogniem w oczach dokładnie odkurzał dziecięcy dywan. Wszędzie piętrzyły się porozrzucane różności w drodze na swoje miejsce. Dzieci starały się przeszkadzać z całych sił - ot, domowa idylla porządkowa.
I wtedy zadzwonił domofon.
Zamarliśmy z przerażenia.
Dzwonek nie powtórzył się - na pewno ktoś nacisnął nie ten numer, to wcale nie do nas, uff.
Wróciliśmy do porządków.
Puk, puk - nieśmiało dobiegło od drzwi.
Cisza. Może to dozorca - chwytamy się ostatniej nitki nadziei.
PUK, PUK, PUK!
Tuś wciągnął spodnie i ostrożnie otworzył drzwi. Nie, to nie był dzwonek do kogoś innego.
- No nie dziw się! - krzyknęła stropiona O. - Od pół roku przypominasz, że zapraszacie PIERWSZEGO, to nawet nie czytałam do końca wiadomości - sprawdziłam tylko, na którą!
No tak, zawsze trąbimy o PIERWSZYM, ale w tym roku Królicze urodziny opóźniliśmy o dzień, dając gościom czas na odespanie Sylwestra.
Gdyby goście wpadli godzinę wcześniej, pewnie dalibyśmy sobie radę, ale dzień wcześniej... też daliśmy! Mogliśmy na przykład spokojnie pogadać. Nie obawialiśmy się, że przypali nam się jedzenie albo że krem spłynie z tortu. Bo jedzenia ani tortu jeszcze nie było. Była za to pomidorowa i do tego zrobiliśmy wspólnie dwie michy przepysznej sałatki owocowej, a że wujek Ł. jeszcze Sylwestra do końca nie odespał, nauczyliśmy się robić z niej fantastyczny koktajl.
Królik dostał przecudne kredko-farby, w których natychmiast zakochała się Mysz.
Synkowie gości mieli nasze dzieci do dyspozycji (i odwrotnie, choć Franek starał się wszystkim wszystkiego zabronić).
Ja nagadałam się z O. i generalnie wszystko się pięknie udało.
Jedno mi tylko wciąż nie daje spokoju... jeśli my za tę przedwczesną godzinę u Stryjostwa oberwaliśmy całym dniem, to co czeka teraz naszych biednych Przyjaciół?

PS.
W poniedziałek rozmawiałam z O. i wyjawiła, że gdy od nas wyszli, Ł. powiedział tylko:
"Zobaczyć minę Wojtka - bezcenne!"